Złudzenia
Wiktor Gardoliński
Wracałem tego dnia do domu bardzo późno. Zebranie w redakcji przeciągnęło się, z trudem złapałem ostatni pociąg. Prosto ze stacji ruszyłem w kierunku osiedla. Ulica była pusta i ciemna, gałęzie przydrożnych drzew kołysały się, uderzały o parkan. Gdzieniegdzie przemykały pochylone cienie ? bez rąk, bez głów ? znikały w oddali. Chciałem mieć już tę podróż za sobą, znaleźć się jak najprędzej w ciepłym łóżku, zapomnieć o świecie, ale wiatr przybierał na sile, deszcz kropił coraz mocniej, chodnik wyślizgiwał się spod stóp.
Po kilku minutach męczącego marszu ujrzałem jedną z tych mrocznych istot, które czasem w środku nocy ukazują się zabłąkanym wędrowcom. Wyrosła jak spod ziemi, tuż przede mną, w długim płaszczu, z kapturem na głowie. Nie jestem bojaźliwy, nie ulegam łatwo złudzeniom, jednak tym razem ogarnął mnie niepokój. Wyobraziłem sobie mnichów idących w milczeniu krużgankami klasztoru w migotliwym blasku pochodni. Rozpływali się na końcu korytarza w swej samotnej kontemplacji. Postać zwolniła, więc chcąc nie chcąc, zbliżyłem się do niej, jakby na tym jej właśnie zależało. Nie wiedziałem, co robić. Zwolnić, czy przyspieszyć? Nic nie było takie proste. Nawet gdybym przyspieszył i ją wyprzedził ? wciąż miałbym ją za plecami. A tego boję się najbardziej. To był męczący dzień. Miałem tysiące spraw na głowie. I jakby tego brakowało, droga zaczęła piąć się pod górę. Opadłem z sił.
Zwolniłem, ale postać przede mną zwolniła również. Dystans między nami zaczął się niebezpiecznie kurczyć. Czy to przypadek? Odczekałem chwilę. Ruszyłem pędem przed siebie. O przejściu na drugą stronę ulicy nie było mowy. Jezdnia zmieniła się w rwący potok, chodnik przypominał lodowisko. Gdybym teraz upadł ? pomyślałem ? byłbym zgubiony. Zsunąłbym się w mroczną otchłań jak po szklanej tafli. Chodnik stawał się coraz węższy. Po jednej stronie metalowe ogrodzenie, po drugiej rwący potok.
Wtedy zrównaliśmy się. Przyszło nam iść obok siebie, ramię w ramię, a co najbardziej zdumiewające, nie można się było wycofać. Przebierałem nogami jak żółw przewrócony na plecy. To chyba najdziwniejsza rzecz z jaką miałem w życiu do czynienia. Nie był to ruch do przodu, ani stanie w miejscu, ani też ruch do tyłu. Dwie zjawy obok siebie, w środku nocy, na środku chodnika ? skazane na swoją obecność. Wiedziałem, że w momencie, gdy przestanę walczyć, gdy przestanę poruszać nogami ? będzie po mnie. Cały wysiłek pozwalał mi jedynie utrzymać się w postawie stojącej.
Zostałem schwytany w pułapkę. Czas stanął w miejscu. Dopóki nie ujrzałem twarzy ukrytej pod kapturem ? wszystko wydawało się jeszcze nie do końca realne. Udało mi się wysunąć nieznacznie do przodu, na ułamek sekundy, ale wiatr uderzył mnie znowu i omal nie upadłem. Pochylony do przodu, z teczką przy piersi ? szedłem ostatkiem sił.
Trzymałem głowę prosto, lecz w końcu dałem za wygraną. Migotliwa latarnia, ułamki sekund, twarz pod zasłoną kaptura. Dziwny dreszcz przeniknął mnie od stóp do głów. Czyjeś oczy zaświeciły w mroku. Demon ? pomyślałem z przerażeniem. Czy to ostatni dzień mojego życia?
Pod kapturem dostrzegłem twarz kobiety. Szliśmy bez słowa, chwilami w jakimś innym wymiarze. Nie wiadomo, jak długo. Nie mogłem niczego już zmienić. Nogi miałem jak z waty, w ustach czułem smak zimnego deszczu. Na szczęście wiatr nieco zelżał i uspokoiłem się trochę. Pomyślałem, że posuwam się chyba za daleko. Zjawa mogła być przecież zwykłym człowiekiem,? tak, jak ja, z krwi i kości. A jeśli chodzi o strach, ona miała powody do obaw. Z jej punktu widzenia wszystko wyglądało inaczej. To ja podszedłem do niej, zakradłem się od tyłu i osaczyłem ją. Czy mogłem w jakiś sposób złagodzić to napięcie, rozwiać obawy? Nie umiałem powiedzieć ani słowa. Zresztą bałem się wszelkich zapewnień. Wiedziałem, że w jej uszach mogą nabrać innego znaczenia. Wszelkie wydarzenia tej nocy nie były tym, czym być powinny. Szedłem najspokojniej, jak umiałem, bez gwałtownych ruchów i spojrzeń, z teczką podobną do tarczy. Ale musiałem odpędzać obrazy, które zaczęły nagle przepływać w mojej wyobraźni. Widziałem kobietę bez kaptura, bez płaszcza, bez sukienki, bez butów ? bez niczego. Jak ją bóg stworzył. A wizje stawały się coraz bardziej realne. Jej postać zaczynała nabierać powabu i ciepła. Poruszała się zwiewnie wśród zapachów łąki. Jednocześnie bałem się jej oburzenia z powodu mojej zuchwałości. Widziałem jej drapieżne paznokcie rozrywające mi skórę. Nie znałem przecież nawet jej imienia.
Nie wiem, jak to się stało ? znaleźliśmy się na skraju osiedla. Ile to zajęło czasu? Ukazały się śpiące wieżowce na tle wschodzącego słońca. Może nadciągał świt, a może tylko pochodnie z krużganków gasły powoli. Wiatr ucichł. Kobieta skręciła w lewo i poszła w swoją stronę. W stronę drzwi, których nie mogła już się doczekać. Znikła, jakby chciała powiedzieć: No cóż, minęliśmy się na ulicy...
Potem przez wiele lat myślałem o tej dziwnej nocy i o niej. Przestałem w końcu wierzyć, że w ogóle się kiedyś spotkaliśmy. Nie można kochać zjawy wymyślonej w porywie nocnego szaleństwa. Nie natknąłem się na nią nigdy więcej, chociaż krążyłem po osiedlu, przemierzając parki i skwery. Dzisiaj dopiero, odwiedzając księgarnię dostrzegłem jej zdjęcie na okładce książki. Tamtej nocy widziałem ją zaledwie przez ułamek sekundy ? jednak rozpoznałem ją bez problemu. Uśmiechała się z fotografii, choć w jej uśmiechu dostrzegałem gorycz. Przeczytałem na okładce jej imię, powtórzyłem kilka razy, próbując nadać mu moc zaklęcia. Kupiłem książkę i zanim doszedłem do domu przeczytałem jedno z opowiadań pod tytułem; ?Złudzenia".
Wracałam tego dnia do domu bardzo późno, zebranie w redakcji przeciągnęło się, z trudem złapałam ostatni pociąg. Prosto ze stacji ruszyłam w kierunku osiedla. Ulica była pusta i ciemna, gałęzie na przydrożnych drzewach kołysały się, uderzały o parkan. gdzieniegdzie przemykały pochylone cienie ? bez rąk, bez głów ? znikały w oddali.
Przeczytałem opowiadanie kilka razy i wciąż miałem ochotę czytać je od nowa. Zawsze z tą samą zachłannością. Za każdym jednak razem coraz jaśniej zdawałem sobie sprawę, że to nie ona przeze mnie... To ja zostałem wymyślony przez nią.