Historia Wydarzenia Program - Publikacje

Ryszard Siwiec, z wykształcenia magister sztuki, z zawodu marszand, prowadzi w Warszawie stacjonarną i internetową galerię sztuki współczesnej "Siwiec-Art.". Kierował w latach 1995-2005 galerią Dla Pro Bono w wieży kościoła św. Anny w Warszawie. Jest prezesem stowarzyszenia Collart, propagującego ideę łączenia różnych dziedzin sztuki oraz współorganizatorem cyklu aukcji charytatywnych pod nazwą "Dajmy im szansę". Jest także współorganizatorem czwartkowych kolacji pt. "Jadłem z....." w restauracji "Serafino" w Warszawie, gdzie wybitnym osobowościom polskiego życia publicznego towarzyszą dzieła sztuki wpisujące się nie tylko w polską ale i w europejską kulturę.

tel. 0-601 29 08 41



Misja marszanda

Według marszanda Ryszarda Siwca:
Marszandzi są menadżerami i promotorami sztuki. Marszand, po pierwsze, selekcjonuje artystów, oceniając ich talent, umiejętności i warsztat. Następnie towarzyszy wybranym artystom w trakcie procesu tworzenia - inspiruje, motywuje, zachęca do zmian. Potem, do spółki z artystą, dokonuje pierwszej selekcji dzieł, tym samym biorąc przed klientem odpowiedzialność za swoje wybory. Marszand oferuje dzieła sztuki pod własną marką, jednocześnie buduje własna markę oferując dzieła wysokiej jakości.
Drugi obszar działania marszanda to rynek sztuki. Marszand promuje swych artystów, szukając takich działań marketingowych, które podkreśliłyby wartości wynikające z dokonań twórczych autorów dzieł. Zdarza się, że niejako przy okazji uda mu się stworzyć nową jakość rynkową, jak chociażby działającą w Warszawie Grupę Collart, skupiającą artystów, którzy obok niezaprzeczalnego talentu umieją także trafić do odbiorcy sztuki i zyskać jego akceptację.
Marszand kształtuje upodobania nabywców, którzy przy jego pomocy mogą dokonać wyboru dzieła mającego wartość artystyczną i rzeczową. To on jest zawodowcem w tej dziedzinie, umożliwia więc miłośnikom sztuki poruszanie się w meandrach skomplikowanego artystycznego świata. Marszand reprezentując wszystkich współpracujących z nim twórców, kieruje się zawsze dobrem klienta.
Marszand kreuje cenę i popyt na dzieła. Wysoka cena dzieła musi mieć podstawę w dokonaniach twórczych artysty. Inaczej będzie tylko jednorazowym osiągnięciem sprzedającego i nie wytrzyma próby czasu. A przecież zakup sztuki jest inwestycją, i to ze wszech miar opłacalną, jeśli zainwestowało się w dobrego artystę. W dobie kryzysu i niepewnej gospodarki może być to lepsza inwestycja niż obligacje skarbu państwa czy nieruchomości.
Ustalając cenę, marszand tym samym oddziela zwykłe rzemiosło od prawdziwej sztuki.
Dobry marszand jest więc w świecie sztuki nie do zastąpienia. Bez niego efekty pracy twórców częstokroć pozostawałyby niedostrzeżone przez odbiorców, a dzieła wybitne ginęły w morzu kiczu i tandety.

Podziękowania

Szanowni Państwo,
W imieniu firmy "Siwiec-Art" i artystów, pragnę serdecznie podziękować za dokonanie zakupu w naszej galerii (odwiedzenie naszej galerii).

Trafny wybór to zasługa Państwa wyczucia artystycznego. Dzieło sztuki, którego stali się Państwo lub staniecie się posiadaczami, to przykład sztuki współczesnej najwyższej próby.

Nabywając dzieła tej klasy, inspirują Państwo i zachęcają współczesnych twórców do dalszych poszukiwań. Tym samym, przyczyniają się Państwo do rozwoju i promocji polskiej kultury.

Współczesna dziś sztuka będzie w przyszłości świadectwem naszej epoki. I to ona będzie również kształtować gust artystyczny i wrażliwość na piękno pokoleniom naszych następców.

Dzięki prywatnym kolekcjonerom, którzy dziś potrafią właściwie ocenić wartość dzieła i dokonać trafnego wyboru, prace współczesnych mistrzów będą potomnym ukazywać kunszt sztuk plastycznych XXI wieku.
Jeszcze raz dziękuję za wielki wkład w to wspólne historyczne dziedzictwo.
Ryszard Siwiec
Marszand
Prezes Stowarzyszenia COLLART


Sztuka - nie sztuka

W dzisiejszym świecie bardzo trudno rozpoznać rzeczywistą wartość tego, co kupujemy. Dotyczy to nie tylko artykułów codziennego użytku, ale także dzieł sztuki, które coraz częściej stają się przedmiotem działań marketingowych i promocyjnych. Odbiorca nie jest w stanie znać się na wszystkim, dlatego w swoich wyborach, poza głosem serca i własnym gustem, bazuje na zewnętrznych wskazówkach. Mogą nimi być: porównanie cen, opinia eksperta, intensywna reklama, używanie przedmiotu przez osoby, do których ma zaufanie. Bez tych wskazówek czułby się zagubiony i nie potrafił oszacować wartości dzieła, także cenowej.

Prawie każdemu z nas zdarzyło się kiedyś w życiu kupić jakiś rysunek, plakat, obraz, rzeźbę. Dlaczego wybraliśmy właśnie ten, a nie inny przedmiot? Jak to się stało, że z wielu dzieł sztuki wybraliśmy właśnie to? Na ogół odpowiadamy "bo mi się podobało". I słusznie. Ale dlaczego się podobało? Na czym polega wrażenie, że coś wzbudza nasze zainteresowanie, zachwyca do tego stopnia, że chcemy na to patrzeć wielokrotnie, powiesić w domu, mieć? Zazwyczaj trudno na te pytania odpowiedzieć. Kupując instynktownie, nie jesteśmy do końca pewni ani wartości nabywanego dzieła, ani jego jakości.

Jak ocenić wartość obrazu, rzeźby, grafiki? Jak mieć pewność, że wydajemy pieniądze na dzieło naprawdę wartościowe, zwłaszcza jeśli jego autor nie zdołał sobie jeszcze wyrobić nazwiska, choć jest w pełni sił twórczych? Przecież sztuka, zwłaszcza współczesna, jest niezwykle niewymierna, ulotna i subiektywna. Ileż razy nie wierzyliśmy własnym oczom, czytając o ogromnych sumach płaconych za dzieła, za które nie dalibyśmy złamanej złotówki. Czy były tego warte? Skąd mamy wiedzieć, co jest prawdziwym dziełem, a co tylko zwykłym rzemiosłem?

Oczywiście, nabywając dzieło sztuki, możemy zawierzyć własnemu gustowi, nie oglądając się na cudze opinie. W końcu obraz wiszący nad naszą kanapą ma wywoływać emocje w nas samych, a nie w całym świecie. Jeśli jednak chcemy, aby otaczały nas obiekty mające uniwersalną wartość także w oczach środowiska oraz znawców sztuki współczesnej, mające szanse na przejście do kanonu sztuki, a także stanowić udaną lokatę kapitału, przy ich wyborze warto odwołać się do odpowiednich wskazówek. Na współczesnym rynku sztuki udzielą ich marszandzi. To dzięki nim rynek sztuki ma szansę stać się profesjonalny.

W świecie piosenkarzy i zespołów muzycznych posiadanie managera wydaje się już oczywistą koniecznością, tymczasem w sztukach plastycznych to rzadkość. Malarze, rzeźbiarze czy graficy próżno szukają kogoś, kto umożliwi im rozwój twórczy, zdejmując z barków troskę o rzeczy, które są nienawistne każdemu artyście: promocja, zabieganie o nabywców, sprzedaż, kształtowanie cen.

Marszandzi są menadżerami i promotorami sztuki. To wcale niełatwy zawód, zwłaszcza w Polsce, gdzie nie ma rozwiniętego rynku sztuki współczesnej, gdzie sytuacja ekonomiczna tylko nielicznym pozwala na zaspokajanie czegoś ponad podstawowymi potrzebami życiowymi, gdzie wreszcie w wielu galeriach sztuki arcydzieła wiszą obok bohomazów.
Na czym polega praca marszanda? Po pierwsze, selekcjonuje artystów, oceniając ich talent, umiejętności i warsztat. Następnie towarzyszy wybranym artystom w trakcie procesu tworzenia - inspiruje, motywuje, zachęca do zmian. Potem, do spółki z artystą, dokonuje pierwszej selekcji dzieł, tym samym biorąc przed klientem odpowiedzialność za swoje wybory. Sam staje się wtedy marką.

Drugi obszar działania marszanda to rynek sztuki. Marszand promuje swych artystów, szukając takich działań marketingowych, które podkreśliłyby wartości wynikające z dokonań twórczych autorów dzieł. Zdarza się, że niejako przy okazji uda mu się stworzyć nową jakość rynkową, jak chociażby działającą w Warszawie Grupę Collart, skupiającą artystów, którzy obok niezaprzeczalnego talentu umieją także trafić do odbiorcy sztuki i zyskać jego akceptację.

Marszand kształtuje upodobania nabywców, którzy przy jego pomocy mogą dokonać wyboru dzieła mającego wartość artystyczną i rzeczową. To on jest zawodowcem w tej dziedzinie, umożliwia więc miłośnikom sztuki poruszanie się w meandrach skomplikowanego artystycznego świata. Marszand jest trochę jak broker w branży ubezpieczeniowej - reprezentując wszystkie współpracujące z nim towarzystwa, kieruje się zawsze dobrem klienta i utrzymaniem wysokiego poziomu na rynku sztuki. Mówiąc językiem marketingu, marszand wybiera, kształtuje i sprzedaje brandy, którymi są nazwiska autorów.

Marszand wreszcie kreuje cenę i popyt na dzieła. Wysoka cena dzieła musi mieć podstawę w dokonaniach twórczych artysty. Inaczej będzie tylko jednorazowym osiągnięciem sprzedającego i nie wytrzyma próby czasu. A przecież zakup sztuki jest inwestycją, i to ze wszech miar opłacalną, jeśli zainwestowało się w dobrego artystę. W dobie kryzysu i niepewnej gospodarki może być to lepsza inwestycja niż obligacje skarbu państwa czy nieruchomości. Ustalając cenę, marszand tym samym oddziela zwykłe rzemiosło od prawdziwej sztuki. Dobry marszand jest więc w świecie sztuki nie do zastąpienia. Bez niego efekty pracy twórców częstokroć pozostawałyby niedostrzeżone przez odbiorców, a dzieła wybitne ginęły w morzu kiczu i tandety.

Oczywiście, miłośnik sztuki nie jest skazany tylko i wyłącznie na rady marszandów. Może sięgnąć do opinii ekspertów, pod warunkiem, że krytycy sztuki demonstrują rzeczywistą wiedzę i kompetencje. Może porównać ceny obrazów w galeriach lub przyjrzeć się jak wysoko są wyceniane na aukcjach sztuki. Może także, dzięki zdjęciom i internetowi, przyjrzeć się, jakie dzieła i których artystów znajdują się w zbiorach kolekcjonerów i koneserów sztuki. Wreszcie, miłośnik sztuki powinien spojrzeć w głąb własnej duszy. Odbiór sztuki to otwarcie się na przeżycie. Jeśli dzieło nie wywołuje w nas żadnego wzruszenia, żadnej emocji, może lepiej się wstrzymać z zakupem? Zdarzają się dzieła, o które biją się klienci, choć cena nie jest wcale mała. Zdarzają się takie, które ktoś nabywa zamiast pierścionka zaręczynowego. Zdarza się i tak, że dzieło sztuki stanowi dla nas moment olśnienia, weryfikuje nasze gusta, zmienia plany i podejście do życia. I takie właśnie dzieła spośród setek innych, mniej udanych dzieł potrafi dostrzec i wypromować prawdziwy marszand sztuki.




Wirtualny marszand w walce z bezguściem

W czasach ciągle doskonalonych technologii i nowoczesnych technik marketingowych przyszedł czas na to, żeby zmienić sposób promocji i sprzedaży sztuki. Możliwości tradycyjnych galerii są ograniczone - dociera do nich stosunkowo mało odbiorców, brakuje powierzchni na ekspozycję wszystkich obrazów, katalogi, z których można zaczerpnąć wiedzę o twórcy i jego dziełach nie zawsze są do dyspozycji, a informacje zasłyszane ustnie szybko ulatują z pamięci. Współczesnemu miłośnikowi sztuki należy zaproponować nowe formy spotkań ze sztuką. Niech będą to galerie internetowe, umożliwiające obejrzenie obrazu na odległość i znalezienie wielu dodatkowych informacji o artyście, jego stylu, kontekście stworzenia dzieła. Niech będą to krążki CD z wyborem godnych polecenia dzieł artystów współczesnych. Oczywiście nic nie zastąpi bezpośrednich oględzin, ale wirtualne ekspozycje dzieł sztuki mogą stanowić "przygotowalnię" do obcowania z nimi na żywo, dać czas do namysłu przed planowanym zakupem, dostarczyć cennego materiału do przemyśleń i porównań. Dla tych, którzy z braku czasu lub zbyt dużej odległości dzielącej ich od tradycyjnych galerii po prostu by się do nich nie wybrali, galerie w Internecie mogą stanowić jedyny kontakt ze współczesną sztuką. I choć może to nie jest pocieszające, lepiej znać dzieła współczesnych artystów z wirtualnych reprodukcji, niż nie znać ich w ogóle.

Kto z Państwa był ostatnio w galerii sztuki współczesnej? Prawie nikt - zgadłem? Jakoś niewielu ciągnie do miejsc, noszących tę nazwę. To nie przypadek. Bo cóż tam można zazwyczaj znaleźć? Trochę malowideł, o których trudno się wypowiedzieć, bo jeden obraz przesłania drugi, a obsługa zachwyca się jednakowo wszystkimi. Jest tam trochę biżuterii, trochę wyrobów ze skór i szmatek, trochę porcelanowych talerzyków i luster w ozdobnych ramach. Taki sobie sklepik z różnościami, o których na siłę się mówi "dzieła sztuki".

"Galeria" znajduje się na ogół w centrum miasta i stale czeka na przypadkowego klienta. Przez wiele lat taki styl sprzedawania dawał efekty. Klienci rzeczywiście przychodzili. Były nawet czasy, gdy, w dobie braku dóbr konsumpcyjnych, lokowali nadwyżki finansowe w przedmiotach znajdowanych w takich galeriach. Ci, których nie mogli sobie pozwolić na rzeczy z "Desy", kupowali dzieła w galeriach sztuki współczesnej. Zawsze to była jakaś lokata kapitału...

Byli też i tacy, którzy kupowali działa sztuki z potrzeby serca. Bo przecież nie samym chlebem człowiek żyje. Obcowanie z dziełem sztuki może być balsamem dla duszy, stanowić ukojenie, wzruszać, skłaniać do refleksji. Ze sztuki czerpiemy energię, natchnienie i wzorce. Sztuka może nas inspirować, potrafi też niepokoić, prowokować i dręczyć. Prawdziwa sztuka nie jest obojętna, zawsze oddziałuje na nasze emocje. Właśnie takie dzieła sztuki zdarzały się i nadal zdarzają w rozlicznych galeriach, sąsiadując niestety z przedmiotami o niskiej wartości artystycznej.

Czemu większość polskich galerii jest w dziś w tak opłakanym stanie? Winę za to ponosi przyzwyczajenie rodem z poprzedniej epoki. Przed 1989 rokiem brak wolnego rynku dotyczył również sztuki. Galerie, intensywnie dotowane z kasy państwowej, narzucały określony sposób prowadzenia handlu przedmiotami sztuki współczesnej, nie dopuszczając w zasadzie klientów do głosu. Jednocześnie w nielicznych prywatnych galeriach właściciele dobierali asortyment pod kątem turysty (często Polonusa) i zagranicznego konsumenta. Niemiec, Austriak czy Amerykanin, po lunchu w taniej knajpie, składającym się ze schabowego zakrapianego polską wódką, mógł nabyć w galerii przedmiot artystyczny o zbliżonej do schabowego cenie. Prywatne galerie dostosowały się do tego popytu, prezentując "polskie pejzaże", jelenie w lesie, konie i kwiatki z łąk nad Wisłą. To dobrze się sprzedawało, więc popyt rósł. Często chałtura goniła chałturę, tłamsząc wszelkie artystyczne aspiracje samych artystów.

Gust przeciętnego odbiorcy sztuki formowały więc chałtury. Gusta współczesnych odbiorców lansują media, które z kolei opowiadają historie ludzi zamożnych i znanych. Czasami niezbyt trafne wybory tych osób kształtują gusta masowego odbiorcy i promują artystów, których dzieła nabyli. Również sami artyści kreują popyt. Tyle tylko, że w większości ulegają gustom odbiorców, zamiast je kształtować. Na dobrą sztukę rynek w Polsce dopiero nadchodzi, dziś wciąż jeszcze artysta żeby sprzedać, tworzy to czego oczekuje większość. Przecież trzeba z czegoś żyć...

Popyt na dzieła sztuki mogłyby także (i powinny) kształtować instytucje i firmy. Sztuka w służbie biznesu bywa bardzo szczęśliwym połączeniem. W dobrze zaprojektowanych biurach zarządów sztuka jest integralną częścią, a umiejętna polityka sponsorowania kultury może przynieść firmie wymierne korzyści. Współpraca świata kultury i biznesu nie jest niczym wyjątkowym. Co więcej, powinna być regułą w dobie słabych państw rządzonych przez wielkie kapitały. To tak jak mariaż biednej lecz utytułowanej arystokratki z przystojnym i rozumnym finansistą. Obu stronom się opłaca. W anglosaskiej kulturze jest to podstawowy sposób utrzymywania się sfery kultury. Wystarczy wspomnieć nowojorskie muzea, zbudowane z prywatnych środków, czy londyńskie Bristish Museum of Art, utrzymujące się w całości z nie państwowych funduszy.

W Polsce pula pieniędzy na przedsięwzięcia artystyczne ciągle stanowi rzadką pozycję w budżecie przedsiębiorstw. Fenomen sponsorowania kultury przez firmy prywatne dopiero nabiera rozmachu. Do godnych naśladowania przypadków należy wystawa impresjonistów, przygotowana przy dużym wsparciu Polkomtela, czy renowacja kościoła św. Anny ze środków Kredyt Banku. Szkoda, że są to wciąż sporadyczne inicjatywy, wspierające raczej sztukę mistrzów sprzed wieków niż współczesnych twórców. A przecież artystów i zjawisk artystycznych stanowiących dużą wartość w pejzażu polskiej kultury nie brakuje: Teatr Gardzienice, malarska grupa COLLART, Teatr Mondzika. Wydatki poniesione na wsparcie działań artystycznych zwracają się firmom z nawiązką w postaci dobrej renomy firmy będącej mecenasem sztuki.

Współczesna sztuka nie musi być czymś nieosiągalnym, dalekim i niezrozumiałym. Doskonale potrafi się wpleść w codzienność, wtopić w rzeczywistość, z której czerpie bodźce i inspirację, może być nam potrzebna i użyteczna. I nie chodzi tu jedynie o przedmioty sztuki użytkowej, których projektanci osiągają niejednokrotnie szczyty popularności, jak choćby tak modny dziś David Starck, projektujący m.in. umywalki i sedesy. Jednocześnie sztuka współczesna bywa trudna i prowokująca, czasami wydaje się niezrozumiała. Często wymaga przygotowania do jej odbioru. Prawdziwe dzieła sztuki trzeba zauważyć i wypromować, tak aby stawały się punktem odniesienia, wzorcem kulturotwórczym, który ukształtuje obecnych i przyszłych odbiorców sztuki, żyjących w czasach jeszcze bardziej rozwiniętej technologii i konsumpcji. Już dziś warto ich zacząć uczyć, żeby jedna z większych zdobyczy cywilizacji - Internet - służyła im jako wirtualny pośrednik w obcowaniu ze sztuką, a nie wartość sama w sobie.




Być artystą

O artystach zawsze krążyły legendy. Nawet, a może zwłaszcza, w dobie socjalizmu intrygowali innością zachowania i wyglądu. W powszechnej świadomości uchodzili za odmieńców i ekscentryków, którzy z rozwianym włosem i szaleństwem w oczach, obowiązkowo umazani farbami, z zapałem tworzyli swoją prawdziwą "sztukę". Byli z jednej strony przedmiotem podziwu za domniemaną bezkompromisowość, pęd do wolności i gotowość do życia w ubóstwie w imię artystycznych ideałów. Z drugiej strony demonizowano ich, widząc w nich osoby rozwiązłe moralnie, nie szanujące wartości rodzinnych i pijące na umór, nie tylko dla wywołania weny twórczej. Tak czy inaczej, twórcy, którzy nie dostawali do społecznych wyobrażeń, byli w najlepszym razie uznawani za "rzemieślników".

W naszej rzeczywistości taki stereotyp artysty należy odłożyć do lamusa. Powszechnie wiadomo, że dziś, jeśli to konieczne, twórcy ubierają się w garnitury i usiłują sprostać wyzwaniom współczesnego rynku sztuki. Żeby zaistnieć samoistnie, nie mogą tylko tworzyć, muszą umieć się wykreować, wypromować i sprzedawać. Ideałem artysty na miarę dzisiejszych czasów jest twórca - manager, który zdaje sobie sprawę z reguł rządzących wolnym rynkiem i ma przynajmniej podstawowe wiadomości z zakresu marketingu, public relations i reklamy. Niektórzy posiedli taką umiejętność w sposób naturalny - ot, chociażby Salwador Dali, który oprócz tego, że był wybitnym artystą, miał nadzwyczajny talent do auto-promocji. Ci, którzy tego nie umieją, szukają pomocy u profesjonalistów, na przykład marszandów sztuki, nie chcąc dzielić losów Van Gogha, który pomimo niekwestionowanemu dziś talentowi, umarł niedoceniony, żeby zostać odkrytym dopiero po latach.

Sposób sprzedawania sztuki upodobnił się więc do handlu mniej szlachetnymi towarami. Nie znaczy to przecież, że sama sztuka stała się produktem. Rols royce pozostanie rols roycem, niezależnie od tego, czy rozpęta się wokół niego kampanię reklamową. Będzie się tylko lepiej sprzedawał, gdyż tym, którzy mają pieniądze należy ciągle przypominać, co jest dobre. Podobnie z dziełami sztuki - muszą wyjść z cienia, zaistnieć przed oczyma odbiorców sztuki, tak, żeby można je było dostrzec.

Tak więc współczesny artysta ma nielekki żywot. Nie dość, że się boryka z trudem auto-reklamy, albo zleca promocję swoich dzieł komuś obcemu, w dalszym ciągu przecież musi zajmować się tym, co jest kwintesencją jego jestestwa - tworzeniem dzieł sztuki. Ale co to jest dzieło sztuki? Ot, dobre pytanie. Większość z nas miałaby pewnie kłopoty z odpowiedzią. To coś, co nas zaskakuje, czego wcześniej nie widzieliśmy, co wywołuje jakieś emocje, niekoniecznie pozytywne, z czym możemy się utożsamić lub przeciw czemu opowiedzieć. Dzieło sztuki zostawia na nas piętno, zmienia, uruchamia do działania, daje początek prądom, które do tej pory nie istniały. Przedstawiając odbiorcom swoje dzieło, artysta niejako mierzy się więc z dokonaniami świata w sferze kultury, filozofii, techniki, psychologii...

Z dekady na dekadę, z wieku na wiek, coraz trudniej jest stworzyć coś nowatorskiego, co zaskoczyłoby odbiorców, poruszyłoby ich dusze i sumienia. Artyści więc łatwo się gubią w poszukiwaniu oryginalności. Czasem uciekają się do obliczonej na zdobycie jak największego rozgłosu prowokacji, profanując świętości, zadziornie depcząc tematy tabu, epatując ohydą i okrucieństwem. Oczywiście, sztuka nie ma za zadanie być grzeczna i ułożona, przeciwnie - to dobrze, kiedy irytując i wzburzając, gra na emocjach, zmusza do wysiłku myślowego, a czasem doprowadza do momentu iluminacji i przewartościowania uznawanych dotąd wartości. A jednak sztuka nie powinna się stać się narzędziem w rękach niespełnionych artystów, którzy pod pozorem bezkompromisowego obnażania słabości świata, traktują ją jako trampolinę, przy pomocy której chcą się po prostu wybić z anonimowości, a nie opowiedzieć światu o swoich autentycznych lękach, obsesjach czy przemyśleniach. Łatwość uzyskania rozgłosu poprzez merkantylnie użytą prowokację to jedna z pułapek czyhających na współczesnego artystę. Sztuka zostaje zdegradowana do ostatnich pozycji w machinie promocji.

Takich pułapek jest jeszcze więcej. Artyści szukają inspiracji nie tylko w życiu i własnym wnętrzu, ale także w twórczości innych artystów, których z jednej strony podziwiają, a z drugiej strony - którym zazdroszczą. To ważne żeby artysta miał swój własny, niepowtarzalny styl, po którym się go rozpoznaje. Kopiowanie innych nie prowadzi na wyżyny chwały. Jednak w czasach, kiedy wszystko już było, twórczym okazuje się również kreatywne cytowanie innych artystów, przewrotne trawestowanie, sytuowanie cytatów w innych kontekstach. A więc takie postmodernistyczne elementy w sztuce mogą się dla niej okazać orzeźwiające. Tak naprawdę, wszystko zależy od inteligencji i talentu artysty.

Groźbą dla artysty jest także powielanie samego siebie. Pół biedy, jeśli twórca osiągnął jakiś poziom, z którego nie schodzi. Gorzej, kiedy jego nowe propozycje są coraz gorsze. To wielkie i trudne wyzwanie utrzymać raz osiągnięty poziom. Czasami uznanie krytyków sztuki, marszandów i opinii publicznej działa na twórcę wręcz deprymująco - konieczność utrzymania wysokiego poziomu stanowi olbrzymią presję psychiczną, może działąć wręcz deprymująco i doprowadzić do spadku mocy twórczych.

Pułapki czyhające na artystów czasami obracają się przeciwko sponsorom sztuki. Bywa, że nie będące znawcami tematu firmy i instytucje sponsorują mało wartościowe przedsięwzięcia, które pozostawiają w odbiorcach poczucie niedosytu, a nawet niesmaku. Takie zjawiska są szkodliwe, gdyż kształtują złe gusta odbiorców, są stratą pieniędzy dla sponsorów, i nie wnoszą niczego do krajobrazu wartościowej sztuki współczesnej, która wymaga mecenasów i wsparcia finansowego. Czasem trudno się jednak ich ustrzec, gdyż nie wykształciły się u nas jeszcze mechanizmy pozwalające na szybką i wiarygodną weryfikację sponsorowanych autorów i przedsięwzięć.

Tak, jak sponsorowanie sztuki odbywa się czasem z przypadku, tak z przypadku bywa się czasem artystą. Naśladuje się wtedy wiernie to, co ktoś inny już dawno wymyślił. Artystą można się stać także w wyniku chłodnej kalkulacji, starając się, przy pomocy odpowiednich zabiegów edukacyjnych, marketingowych i lobbystycznych, aby za takiego nas uznano. Artystą można być wreszcie z powołania. To najpiękniejszy rodzaj motywacji, ale i on nie gwarantuje, że stworzymy wybitne dzieło sztuki. Ale jeśli już je stworzymy, warto jest otworzyć się na zapotrzebowanie rynku, i zadbać o tego dzieła oprawę.

Czynią to artyści grupy Collart. Będąc niekwestionowanymi mistrzami pędzla, szukają nowych form promocji i sprzedaży swojej twórczości. Organizują wernisaże połączone z happeningami, aukcje, w trakcie których odbywają się charytatywne koncerty, starają się połączyć prezentowanie swych obrazów z innymi formami sztuki - muzyką, poezją, filmem, choreografią. Podkreśla to urodę i znaczenie ich dzieł, a jednocześnie pozwala innym gatunkom na współistnienie. W ten sposób tworzy się barwny spektakl, wychodzący ponad zwykły odbiór obrazu. Być może to jest właśnie recepta, jak promować sztukę w XXI wieku. Jak wychodzić na wprost oczekiwaniom odbiorcy, przyzwyczajonego do wszelakich atrakcji i dużej dawki adrenaliny. Niewątpliwie, w promocji sztuki w dzisiejszym świecie prym wiedzie forma. Jedno tylko pozostaje niezmienne - sam przedmiot promocji musi być wartościowy, inaczej po początkowym zauroczeniu pozostanie pustka i zniechęcenie.

Prezentacja Firmy "Siwiec-Art" w latach 1995-2005


W tym okresie działalność Firmy "SIWIEC-ART" i jej Galerii dla "Pro Bono" związana jest ściśle z jej usytuowaniem w wieży przy Kościele Świętej Anny w Warszawie, Krakowskie Przedmieście 68, wieża I piętro.

Firma "SIWIEC-ART" i jej Galeria dla "Pro Bono", ściśle współpracuje z Fundacją "PRO BONO" działającą przy Kościele Świętej Anny, znacząco przyczyniając się do rozpowszechnia-nia jej działalności.

Firma "SIWIEC-ART" i jej Galeria dla "Pro Bono" jest inicjatorem idei "okno na świat" czyli sposobu porozumiewania się ludzi za pomocą sztuki, mieszkających w różnych częściach świata, mówiących różnymi językami i wychowywanych w różnych kulturach. Idea skierowana jest również do Polaków, mieszkających poza granicami kraju mogących wyrażać swoje poglądy na temat sztuki prezentowanej w galerii.

Firma "SIWIEC-ART" i jej Galeria dla "Pro Bono" w trakcie wielu lat działalności zdobyła znaczną rzeszę sympatyków, którzy pozytywnie oceniają ścisłą współpracę Galerii dla "Pro Bono" z Fundacją "PRO BONO", potwierdzając tym samym słuszność obranego przez galerię kierunku rozpowszechniania sztuki, potwierdzając zarazem jej wiarygodność i rzeczywistą wartość prezentowanej sztuki w skali dziesięciu ostatnich lat. Znaczącym przykładem współpracy sympatyków Galerii dla "Pro Bono" jest propozycja stworzenia filii galerii zlokalizowanej w warszawskiej dzielnicy Wilanów. Amerykanin (sympatyk galerii dla "Pro Bono") zaproponował by w pomieszczeniach nowobudowanego szpitala umieścić galerię wystawienniczą tak by styczność ze sztuką była motorem dobrego samopoczucia pacjentów pobytu w szpitalu i podczas rekonwalescencji.

Znaczącym dorobkiem działalności Firmy "SIWEC-ART" i jej galerii dla "Pro Bono" było współutworzenie z Fundacją PRO BONO w 1999 cyklu "Dajmy im szansę". Marszand Ryszard Siwiec prowadzący Galerię dla "Pro Bono" zaproponował wtedy Fundacji PRO BONO połączenie w jedno wydarzenie kilku pomniejszych wydarzeń artystycznych m.in. aukcji obrazów i koncertu tworząc odrębne widowisko, które nazwał "Collartem". Firma "SIWIEC-ART" współorganizowała wydarzenia z tego cyklu wraz z Fundacją "PRO BONO" w latach 1999-2004.

Galeria dla "Pro Bono" i marszand Ryszard Siwiec inicjując wydarzenie "Dajmy im szansę" kierował się następującymi zamierzeniami: - Ścisła współpraca z malarzami poprzez proponowanie im tematów i inspiracje malarskie, które będą tworzyły spójne widowisko tematyczne nadając poprzez to siłę i dynamikę organizowanemu wydarzeniu. ( m.in. obrazy związane ze sztuką muzyczną, teatralną, filmową, operową itd.)
- Współpraca z artystami różnych profesji, którzy występując ze swoim programem czynnie będą uczestniczyć w licytacji obrazów tworząc dalszy ciąg spektaklu.
- Inspirowanie, prowokacja artystyczna, kierunek i sposób działania osób występujących na scenie (poprzez rozmowy i dyskusje pozakulisowe przed wejściem na scenę).
- Przełamanie wraz z Karolem Strasburgerem metodyki tradycyjnego prowadzenia aukcji ( licytacja – widowisko czyli nowatorskie podejście do uczestnika wydarzenia do tej pory nie istniejące na rynku sztuki).
- Złożenie przez Galerię propozycji przyjętej przez Fundację PRO BONO aby do współpracy w wydarzeniu zaprosić jednego z najlepszych licytatorów aukcji w Polsce – pana Marka Grzybowskiego, który zaakceptował i wdrożył nowy styl i sposób prowadzenia aukcji.
- Opracowanie wraz z Igorem Żakowskim (charytatywnie współpracującego z Galerią) projektu graficznego dwujęzycznego katalogu – gdzie wyróżnikiem jest uwzględniana forma połączeń Collartowskich
- Propozycji publikacji wyróżnionych uczestników ( traktowanych w danym wydarzeniu jako VIP ) na ostatniej stronie folderów - zaproszeń, którzy zobowiązali się do uczestnictwa w licytacji wartościowych dzieł sztuki na cele charytatywne. Wśród uczestników wydarzeń "Dajmy im szansę", którzy najwyżej licytowali byli sympatycy Galerii dla "PRO BONO" zaproszeni przez nią na to wydarzenie m.in.:

Zenon Kosiec – obraz Tomasza Bachanka "Wszystko Gra", Mira Walczykowska – obraz "Dziewczynka" Barbary Przyłuskiej, Zenon Kosiec – obraz Marii Dziopak "W parku",
- Opracowanie i realizacja wydarzeń: scenografia, oprawa obrazów, wydruki plakatów, nadzór nad naświetlarnią, fotografią, kręceniem zdjęć kamerą cyfrową, dokumentacja w poszczególnych edycjach "Dajmy im szansę", stworzenie i pilotowanie strony internetowej wydarzenia "Dajmy im szansę".

Zaproponowany przez firmę "SIWIEC-ART" wraz z Mieczysławem Cherubińskim w marcu 2001 r. Cykl spotkań ze znaczącymi postaciami życia artystycznego, społecznego i politycznego przybrał formę wydarzenia collartowskiego pt. "Jadłem z.....". Spotkania odbywają się cyklicznie w czwartki o godz. 20.00 w restauracji "Serafino" na warszawskim Żoliborzu. Wybitnym osobowościom życia publicznego towarzyszą dzieła wpisujące się nie tylko w Polską ale i w europejską kulturę.
Sztuka towarzysząca spotkaniom jest specjalnie w tym celu wybierana i eksponowana w harmonii z osobowością zaproszonego gościa.
Dyskusja i przebieg spotkania są w istocie prowokacją intelektualną mającą na celu poznanie poglądów zaproszonej postaci oraz jej oceny sztuki prezentowanej podczas wydarzenia.

"Oblicze ziemi" wydarzenie, które odbyło się na jesieni 1999 r. było poświęcone Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II w podzięce za ponad 20 lat pontyfikatu. Wydarzenie "Oblicze ziemi" zostało zrealizowane w formie collartu.

"Oblicze Ziemi" jako forma artystyczna powstała dzięki udanemu połączeniu poszukiwań firmy "SIWIEC-ART" i jej galerii dla "Pro Bono" i indywidualnego artysty – Haliny Kwiecińskiej Bonikowskiej. Odbiorcy prócz doznań piękna wystawionych obrazów w kompozycji z niezapomnianym wystrojem barokowego kościoła Świętej Anny mogli przysłuchiwać się poezji Karola Wojtyłły, Ks. Jana Twardowskiego, Ks. Janusza Pasierba, Czesława Miłosza i Zbigniewa Herberta z muzyką organową i chóralnym śpiewem.
Uczestnicy tego wydarzenia mogli przyjrzeć się trzynastu obrazom Haliny Kwiecińskiej Bonikowskiej wystawionym podczas wydarzenia i zatytułowanym:
"Symbol", "Miejsce", "Świadkowie", "Opieka", "Nauka", "Dojrzewanie", "Walka", "Niewola", "Ból", "Wiara", "Zwycięstwo", "Drzewo życia", "Miłość"

Przytoczmy kilka opinii o tym wyjątkowym wydarzeniu pt. "Oblicze ziemi"

Ks. Prof. Waldemar Chrostowski ( prorektor Uniwersytetu im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego) "Zainspirowana Apokalipsą św. Jana wystawa "Oblicze Ziemi" kształtuje "pamięć przeszłości" pokazuje kim człowiek jest i kim powinien się stawać".

Andrzej Drzycimski ( były rzecznik Prezydenta Lecha Wałęsy, wykładowca ekspert od komunikowania) "Fascynujące poszukiwanie jedności człowieka, dojrzałość wnętrza i siła wyrazu".


Barbara Rogalska (dziennikarka)
"Jej obrazy wprowadzają mnie w nastrój ciepła i pogody ducha".


Prof. Rafał Strent (prof. Warszawskiej ASP. Prezes Zarządu Głównego ZPAP)
"Wyznanie wiary uczynione pędzlem to bardzo trudne zadanie dla artysty. Nie przekłada się ono wprost – chociaż prawda, piękno i sacrum bywają jednością. Verajkon plakatu to bardzo piękny obraz, choć na wystawie to obraz 13".

Janusz Zaorski (reżyser filmowy)
"To malarstwo jest przedstawiające i nie przedstawiające zarazem. To mnie ujmuje".


Firma "SIWIEC-ART" i jej galeria dla "Pro Bono" jest organizatorem i współorganizatorem wernisaży.
W czerwcu 1997 Galeria dla "Pro Bono" zorganizowała artyście Romualdowi Klayborowi wernisaż poświęcony Kościołowi Świętej Anny w Warszawie.
Odbył się on w jego wnętrzach. Wystawione obrazy przedstawiały kościół Św. Anny w różnych ujęciach i porach roku. Odbiorcy nazwali dzieła artysty złotą trzynastką, poszczególne obrazy znajdują się w Polsce i innych krajach. Uczestnicy wernisażu a zwłaszcza młodzież akademicka z zainteresowaniem odniosła się do prezentowanej przez autora sztuki. Wielu nabywców obrazów Romualda Klayborowa jest na stałe związana z Galerią.

W 1998 roku Firma "Siwiec-Art" i jej galeria dla "Pro Bono" zorganizowała w podziemiach kościoła św. Anny (na dużej sali) wernisaż niemieckiego artysty Andreasa Toneberga.
Wystawione obrazy przedstawiały Warszawę widzianą oczami obcokrajowca, Niemca, w różnych ujęciach i różnych porach roku. Wernisaż odbił się dużym echem w Warszawie. Ambasador Niemiec wygłosił wiele słów uznania dla inicjatywy, która mogła by się rozszerzać tworząc więzi i współpracę miedzy narodami: niemieckim i polskim.

"Następcy" to cykl wernisaży, których tytuł i formę stworzyła Firma "SIWIEC-ART" i jej galeria dla "Pro Bono". Odbywały się cyklicznie w latach 1995 - 2005. Celem tego cyklu jest promocja sztuki tworzonej przez młodzież akademicką. Kościół Świętej Anny i Fundacja "PRO BONO" stał się przez to propagatorem młodych talentów sztuk plastycznych.

Firma "SIWIEC-ART" w 2005 nazwała nowy kierunek w sztuce – PUENTYZM. Promując Puentyzm Galeria dla "Pro Bono" inspiruje utalentowaną młodzież akademicką. Działalność Galerii polega na tym, że utalentowani studenci dostaną konkretne propozycje wykazania się w sztukach, które uprawiają. Ich twórczość może być oceniana w odniesieniu do kierunku Puentyzm, mogąc stać się wzorcem kulturotwórczym.
Student biorący udział w cyklu "Następcy" ma możliwość umieścić swoje dotychczasowe dokonania w dwujęzycznym internetowym katalogu artystów. Galeria poprzez swoją działalność miała możliwość uczestnictwa w promocji m.in. następujących artystów: Martta Węg, Oskar Rabenda, Igor Żakowski, Anna Łukasik, którzy w świecie sztuki odnoszą sukcesy.

Działalność firmy "SIWIEC-ART" i jej galerii dla "Pro Bono" była inspiracją do napisania i obrony pracy magisterskiej przez panią Małgorzatę Kruk na Politechnice Rzeszowskiej w 2004 roku pt. "Handel Dziełami Sztuki w Polsce na przykładzie firmy "SIWIEC-ART"
Praca magisterska Pani Małgorzaty Kruk opisuje działalność Firmy "SIWIEC-ART" i jej galerii dla "Pro Bono" w odniesieniu do sytuacji aktualnej gospodarczej i działalności konkurencji. Praca ta wyraźnie wskazuje na kierunki i cele działalności marszanda Ryszarda Siwca, który poprzez zabiegi marketingowe i wpływ na odbiorców odwiedzających galerię tworzy wartości wzajemnych porozumień wskazujące, że sztuka łączy i ukierunkowuje odbiorcę.


Prezes Stoarzyszenia COLLART
Marszand
Mgr sztuki Ryszard Siwiec